Ponieważ stan wyjątkowy to u nas rzecz naprawdę wyjątkowa, warto nadmienić, że właśnie dziś rząd złożył do prezydenta wniosek o jego wprowadzenie na terenie gmin przylegających do granicy z Białorusią.
O dziwo nie widział takiej konieczności w czasie pandemii, ani rozlicznych powodzi, które nawiedzały od czasu do czasu nasz kraj. Dostrzegł ją teraz, kiedy na granicy koczuje 32 uchodźców i dzieje się to na oczach Polski i świata.
Władzy nie podoba się to, że inni patrzą i krytykują, więc „dla bezpieczeństwa” w związku z planowanymi 6-dniowymi manewrami białorusko-rosyjskimi na Białorusi, chce wprowadzić przy granicy stan wyjątkowy, który ma potwać 30 dni (na razie). Być może to pierwsze manewry od 30 lat i wcześniej nie było takiej konieczności. Swoją drogą ciekawe czy Białorusi też wprowadzają stan wyjątkowy, kiedy u nas ćwiczy NATO.
Wspomnieć jeszcze należy, że wzdłuż granicy z Białorusią jest aktualnie budowany „płot”. Płot z nazwy, bo w rzeczywistości to zasieki z drutu kolczastego (concertiny), który nawet na terenie objętym działaniami wojennymi montuje się na górze. Nawet dowódcy wojskowi są mu przeciwni, ponieważ jest to teren silnie zalesiony i za chwilę cały drut będzie usłany ciałami zwierząt, które – jeśli w niego wpadną – to już się nie wydostaną. Podobnie z ludźmi. Ku chwale polityków. Coś czuję, że ten stan wyjątkowy będą przedłużać, żeby nie pokazać w telewizji widoku tych drutów oblepionych zwłokami…
Słyszeliście o dwutlenku tytanu? Dla tych, którzy nie słyszeli napiszę kilka słów wyjaśnienia. Zapewne gdyby produkty, które kupujemy, składały się z mniejszej ilości składników, zwrócilibyśmy na niego uwagę. Niestety nawet kupne ciasta potrafią mieć grubo powyżej 20 różnych składników, w tym sporo tych oznaczonych jako „E”. Te same ciasta, kiedy pieczemy sami w domu posiadają 5-6 składników. Reszta listy w tych kupnych to głównie barwniki, ulepszacze smaku i konserwanty.
Jednym z takich barwników jest właśnie dwutlenek tytanu występujący także pod nazwą E171. Co ciekawe, zauważyłem ostatnio, że producenci wiedzą, że klienci są zrażeni do składników „E”, więc często piszą na składzie właśnie „dwutlenek tytanu”. E171 to bardzo biały barwnik, dlatego producenci pakują go do białej żywności (gum do żucia, cukierków, pianek, deserów, ciast, itd.), ale także do kosmetyków (m.in. kremów, past do zębów), do barwienia leków, farb, itd. Sprawdźcie skład białych produktów, które macie w domu, a na pewno w wielu go znajdziecie.
Dlaczego o tym piszę? Bo jest to składnik zakazany już np. we Francji. Tematem zajęła się też UE, która zleciła badania, z których wynika, ze E171 nie może być uważany za bezpieczny dla zdrowia dodatek do żywności ze względu na genotoksyczność (mogącą powodować powstawanie nowotworów) i fakt, że nie da się ustalić bezpiecznej ilości tego dwutlenku dla zdrowia.
Procedury w UE zwykle trwają. Polski parlament, z tego co wiem, nie zajął się tematem. Biorąc pod uwagę to, że trafia do nas mnóstwo produktów, których nie chce Zachodnia Europa (np. zawierające syrop glukozowo-fruktozowy podczas gdy produkty sprzedawane na tamtym rynku mają cukier czy olej palmowy, gdy produkty na inne rynki mają rzepakowy), a poza tym nawet nasi rolnicy lubią chemię, to pewnie polski parlament nie zajmie się E171. Polecam więc we własnym zakresie sprawdzać skład nabywanych produktów 🙂 Tym bardziej, że nie jest to gadanie „specjalystów” pod sklepem, tylko potwierdzone przez naukowców ostrzeżenia.
W końcu zrobiło się w miarę ciepło. Na tyle, że można spokojnie wyjść na spacer albo na rower. Zachęcam do aktywności, żeby nacieszyć oczy pięknymi, relaksującymi widokami. Może niekoniecznie będę namawiał na jazdę polnymi drogami, bo jednak jest dość mokro i można się nieźle zagrzebać w błocie, ale takimi spokojniejszymi asfaltowymi dróżkami, jak najbardziej.
Na zachętę wrzucam poniżej fotkę sarenek pstrykniętą gdzieś pomiędzy polami. Niestety nie jest zbyt ostra. Wygląda trochę jak obraz… akwarela, albo akryl – trudno mi określić, za słabo się znam na sztuce.
W plenerze sarenki prezentują się o wiele lepiej. Można też wypatrzeć sporo zajęcy i ptaków. I opalić trochę bladą skórę po długim siedzeniu w domu.
Tak mi się wiele terenów spodobało, że zastanawiam się czy może wypożyczyć gdzieś rower elektryczny, żeby móc robić dłuższe trasy, na które kondycja nie pozwala. Takie lekkie wspomaganie czasem by mi się przydało. Tym bardziej, że zdarza mi się bywać w górzystej lub pagórkowatej okolicy, więc tym bardziej by się tam przydało. W Szklarskiej Porębie czy w Sandomierzu na przykład zdarzało mi się pchać pod górkę 😉
Czy wiecie, że najwięcej parków narodowych jest w województwie małopolskim (5), ale jeśli chodzi o powierzchnię – największy obszar parków znajduje się na Podlasiu. Zresztą niemało ich tam jest, bo aż cztery: Biebrzański, Wigierski, Białowieski i Narwiański. Z żalem muszę przyznać, że nie zwiedziłem jeszcze wszystkich. Odwiedziłem jednak Wigierski i Biebrzański, o czym trochę Wam napiszę poniżej.
Czy warto? Oczywiście, zawsze warto zwiedzać parki narodowe. Ostatecznie wyznaczono je na terenach najbardziej atrakcyjnych przyrodniczo. To perełki na mapie. Należy jednak pamiętać, że to tereny – w założeniu – jak najmniej zmienione działalnością człowieka, a zatem jak najbardziej dzikie. Królestwo roślin i zwierząt. Wiąże się to nie tylko z zakazem schodzenia ze szlaków i koniecznością stosowania się do „instrukcji” pracowników parku, ale także z dostosowaniem obuwia i odzieży. I nie chodzi mi o to, żeby wykłócać się z panem, że dlaczego nie w szortach i klapkach, albo z panią, że dlaczego nie w butach na obcasach i skąpym odzieniu. Jeśli macie takie parcie, to idzie. Chodzi o to, że parki na Podlasiu zostały wyznaczone na terenach podmokłych, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że buciki ugrzęzną Wam w bagnie, a dodatkowo pogryzą Was owady, z których komary będą najmniejsze i najmniej inwazyjne. Sami oceńcie czy dla fotek warto. Dla lansu niekoniecznie, bo szlaki nie są zbyt oblegane. Na szczęście.
Biebrzański PN to największy polski park. Został wyznaczony wzdłuż Biebrzy. Zwiedzanie może być urozmaicone, ponieważ może się odbywać pieszo, na rowerze, konno lub kajakiem. Oczywiście zapomnijcie o wszelkich hałasujących środkach transportu np motorówkach. Biebrzański PN to królestwo ptaków, szczególnie tych gniazdujących w zaroślach i na rozlewiskach. To także królestwo łosia – zwierzęcia mocno poszukiwanego przez turystów. W parku i na jego obrzeżach znajdziecie też ślady działalności ludzkiej – fortyfikacje (w większości ruiny) zniszczone podczas II wojny światowej. Wszak to tereny słynnej obrony Wizny, z „polskimi Termopilami” na Górze Strękowej. W centrum parku leży niezdobyta Twierdza Osowiec, która w tygodniu jest udostępniana do zwiedzania.
Jeśli nie jesteście przygotowani na wycieczkę po podmokłym terenie, proponuję chociaż przejechać się Carską drogą (łosiostradą) i przejść się ścieżką edukacyjną – Długą Luką lub Groblą Honczarowską (jest dłuższa), z których można podziwiać Bagno Ławki i Bagno Podlaskie. W wielu miejscach na terenie parku ustawiono wieże i platformy widokowe. Jeśli chcecie lepiej zaznajomić się z parkiem, warto wybrać się na dłuższy szlak Gugny – Barwik. Dobrze jednak najpierw sprawdzić na stronie parku, czy akurat nie jest zamknięty ze względu na warunki, co się okresowo zdarza. Biebrzański PN to na pewno bardzo ciekawe miejsce, także ze względu na wiele terenów, na które po prostu nie da się wejść. Dla własnego bezpieczeństwa nie schodźcie ze ścieżek.
Wigierski PN to drugi park na Podlasiu. Jego sercem jest jezioro Wigry. Istotnym elementem jest także przepływająca przez niego Czarna Hańcza. Park można zwiedzać w kajaku lub jednym ze statków wycieczkowych pływających po Wigrach. Na jego „suchej” części wyznaczono sporo szlaków rowerowych oraz pieszych, a także ścieżki edukacyjne. Wigierski PN nie jest tak dziki i niedostępny jak Biebrzański, ma jednak swój urok. Szczególnie polecam kajaki oraz spacery pięknymi ścieżkami edukacyjnymi. Wśród lasu (który sam w sobie budzi respekt), ukrytych jest mnóstwo mniejszych i większych jeziorek. Na uwagę zasługuje także wystawa w budynku dyrekcji parku, gdzie możemy dowiedzieć się m.in. jakie zwierzęta zamieszkują park oraz skansen – także w pobliżu budynku dyrekcji. Warto rozglądać się za barciami przymocowanymi do drzew. Widoki możemy podziwiać z wież i punktów widokowych ustawionych na brzegach jeziora. To naprawdę urocze miejsce.
Będąc w Wigierskim PN warto zwiedzić także pokamedulski klasztor na jeziorze. Ale o nim napiszę w osobnym wpisie. Koniecznie trzeba też spróbować tradycyjnych dań 🙂
Długa LukaBiebrzeński Park NarodowyPodlaska tradycja na talerzu 🙂Wigierski Park Narodowy – ścieżka SucharyA oto zagadka – po co robiono takie nacięcia? 🙂Na obrzeżach Wigierskiego Parku Narodowego
Miałem w planach zrobienie dziś wpisu o urokach Podlasia, ale postanowiłem przełożyć to na przyszły rok, a dziś zająć się bieżącą sytuacją, także nawiązującą do podróży. Chociaż wiele osób pewnie może mi zarzucić, że nie bezpośrednio i że to tak jak na lekcjach, na których nauczyciel/ka chemii mówi: wszystko jest chemią, nauczyciel/ka biologii: wszystko jest biologią, itd. I wszyscy mają rację, z jakiegoś tam punktu widzenia.
Mój punkt widzenia jest taki: pojawiła się szczepionka na covida, ba nawet nie jedna. Ruszyła seria szczepień. Związane z podróżami? Nie bardzo? A moim zdaniem tak, bo tylko pokonanie wirusa zagwarantuje nam powrót do normalności, do podróżowania, spotykania się z przyjaciółmi, zwiedzania. Poza tym musiałem o tym wspomnieć, bo ten rok jest tak anormalny (i cała sytuacja związana z pandemią), że każdy istotny aspekt warto opisać. Albo przynajmniej o nim wspomnieć.
Niestety jest też zła wiadomość. Ta zła wiadomość to wczorajsze trzęsienie ziemi w Chorwacji, z epicentrum niedaleko Zagrzebia, w miejscowości, a może bardziej poprawnie byłoby napisać: pod miejscowością Petrinji. Miało ono siłę 6,4 stopni i podobno było odczuwalne nawet w Wiedniu i Budapeszcie. Samo miasto w dużym stopniu zostało zniszczone, a jego mieszkańcy koczują w samochodach, z obawy przed wstrząsami wtórnymi. Na razie nieznany jest bilans ofiar, bo miasto trzeba odgruzować… Koszmarny koniec roku.
A wspominam o tym dlatego, że Chorwacja to jeden z częściej wybieranych przez Polaków kierunków wakacyjnych wyjazdów. Zresztą to także jednen z moich ulubionych państw na wakacje. Bardzo przykra jest więc tragedia jaka dotknęła tych miłych, przyjaznych ludzi. W dodatku w zimie.
Sam nie wiem jak to możliwe, że niektóre lata są takim ciągiem nieszczęść wszelakich. Jak się zacznie jakaś seria, to nie wiadomo kiedy się skończy. Nie ma tak, że są jakieś pojedyncze wydarzenia, tylko zawsze przychodzą „w kupie”. Bardzo liczę na to, że przyszły rok odmieni tę tendencję i tak samo ześle nam serię szczęśliwych wydarzeń, zbiegów okoliczności – jak zwał tak zwał, byleby to było coś pozytywnego.
A żeby poprawić swoje perspektywy finansowe postanowiłem przyszły rok rozpocząć od wypozycjonowania swojej strony internetowej. Mam nadzieję, że mimo trudnej branży mi się uda. Wybrałem tę firmę: pozycjonowanie stron. Później opiszę efekty.
Mimo wszystko życzę niesmutnego Sylwestra i szczęśliwego Nowego Roku 🙂
Epidemia covid-19 nie odpuszcza. Na początku (wiosną) zrobiono nam lockdown. Wtedy rządzących przeraziło to, co działo się we Włoszech. U nas było w tym czasie niewiele przypadków koronawirusa, a mimo to zmieniono organizację pracy służby zdrowia, co trwa do dziś. Skutek – coraz większa śmiertelność z powodu innych chorób, których leczenie zaniedbuje się od wiosny.
Teraz za to, po letnim odblokowaniu niemal wszystkiego, mamy ok. 25 tys. przypadków zachorowań dziennie (a mówiąc bardziej precyzyjnie: tyle wychodzi pozytywnych testów, bo niektórzy przechodzą covid bezobjawowo lub z niewielkimi objawami). Szpitale są zapchane, więc dopiero teraz powinny być podejmowane decyzje o przesunięciu planowych zabiegów i to takich, które mogą poczekać. Ostatecznie wszystkie choroby powinno się leczyć, a nie tylko jedną.
Obecnie więc ci, którzy mogą, siedzą na zdalnej pracy, dzieci i młodzież uczą się przez internet. Ci, którzy mogą, starają się unikać tłumów, środków publicznego transportu, itd. Znów mamy zamknięte galerie, co grozi zwolnieniami ogromnej ilości ludzi. Zresztą to bezrobocie pewnie już jest, tylko ukryte. Przypuszczam, że większość pracowników ponownie zamkniętych przedsiębiorstw „siedzi” na bezpłatnych urlopach. Statystyki więc ich nie obejmują, ale de facto nie pracują i nie zarabiają. W dodatku nie otrzymują nawet zasiłku, więc patowa sytuacja.
Na pocieszenie – po wielu dniach brzydkiej, ponurej, pochmurnej pogody, w końcu wyszło słońce. Jeśli nie wprowadzą nagle jakichś wielkich ograniczeń co do wychodzenia z domu (a mogą, bo ostatnim zwyczajem jest ogłaszanie obostrzeń z niewielkim wyprzedzeniem czasowym), to w weekend wybieram się z kumplami na dłuższy spacer po górach. Trzeba tylko pamiętać o czołówkach, bo dzień krótki… I o jedzeniu, bo wiele przybytków gastronomicznych jest zamkniętych.
Może znajdę po drodze inspirację na kolejny długi cykl postów z serii „tędy i tamtędy”. Dobrze mi się pisało o Sandomierzu. Dużo ludzi się przebranżawia… Może ja też powinienem 😉 O ile oczywiście ktoś będzie chciał to czytać 😉
Trzymajcie się zdrowo. I pamiętajcie o maseczkach. Tylko wszyscy razem możemy zatrzymać to szaleństwo zwane pandemią.
Tak sobie myślę, że w zasadzie od Starego Miasta powinienem zacząć cykl moich wpisów o Sandomierzu… No ale nie zacząłem, gdyż wcześniej osobnymi wpisami „potraktowałem” te zabytki, którym z uwagi na ich wyjątkowe cechy, chciałem poświęcić więcej uwagi. Jednak czym dłużej analizowałem poszczególne obiekty, tym bardziej się utwierdzałem w przekonaniu, że każdemu z nich mógłbym poświęcić dużo czasu. A że mam go niewiele, a inne tematy i miasta czekają, zatem dziś zamknę sandomierski rozdział, „prześlizgując się” po atrakcjach Starówki i jej okolicach.
Zazwyczaj tak to bywa, że czas goni i na wycieczki do miast wybieramy się na dzień – dwa. W przypadku Sandomierza tak się dobrze składa, że co prawda znajduje się w nim ogromna ilość atrakcji określanych przez młodzież jako „must see”, ale większość z nich jest skumulowana na stosunkowo małej powierzchni. Możemy więc sobie bezpiecznie zaparkować auto na jednym z licznych parkingów koło Starego Miasta i na spokojnie, spacerkiem delektować się jego urokami.
Zasadniczo, od 2017 r. Stare Miasto oficjalnie stanowi historyczny zespół architektoniczno-krajobrazowy. Nie zamieszczę tu pełnej listy atrakcji, bo jest ich po prostu za dużo, żebyście chcieli to czytać. Jeśli ktoś jest jednak na tyle dociekliwy, że chce, na pewno znajdzie długą listę na Wikipedii, stronach miasta czy innych blogach. Ja skoncentruję się na tych najbardziej charakterystycznych. Przechadzając się uliczkami, pamiętajcie, że częścią pomnika historii jest już sam średniowieczny układ urbanistyczny miasta. Szczerze polecam zwrócić uwagę na:
Rynek, na którym znajdziecie piękny gotycki ratusz pamiętający XIV wiek, choć przebudowywany w późniejszych stuleciach; wiele renesansowych kamienic (Sandomierz, choć ucierpiał w czasie I wojny światowej, z II wyszedł obronną ręką, stąd duża ilość naprawdę leciwych zabytków); studnię,
Brama Opatowska, Furta Dominikańska („Ucho Igielne”), mury miejskie – Sandomierz ma bardzo bogatą historię, z którą można się zapoznać np. w Zamku królewskim. Te tereny były zamieszkane już w neolicie, w X w. istniała tam osada, a od XI w. – gród. Ponieważ był to jeden z najważniejszych grodów, a później miast w Polsce, był otoczony solidnym murem, którego pozostałości możemy podziwiać do dziś. Z 4 bram prowadzących niegdyś do miasta, pozostała jedynie gotycka Brama Opatowska, ufundowana jeszcze przez Kazimierza Wielkiego. Brama jest udostępniona do zwiedzania. Z tarasu widokowego na górze można podziwiać naprawdę niezłą panoramę miasta i okolic. Kiedyś do środka można się było także dostać dwoma furtami. Do dziś przetrwała jedna – Dominikańska, zwana też Uchem igielnym.
przed katedrą znajdziemy XVIII-wieczną dzwonnicę,
na Starym Mieście, poza bazyliką, znajdziemy kilka innych ciekawych, stareńkich kościołów. Tuż obok zamku znajduje się winnica św. Jakuba (taki wstęp;) ) przylegająca do kościoła św. Jakuba Apostoła, będącego jednocześnie sanktuarium i świątynią klasztorną oo. Dominikanów, zresztą jedną z pierwszych. To późnoromański lub też wczesnogotycki Kościół pamiętający XIII stulecie. Kawałek dalej, niemal przy samym wejściu do Wąwozu Św. Jadwigi znajduje się kościół pw. Nawrócenia Św. Pawła Apostoła (gotycki, choć później zbarokizowany). Jeśli lubicie barok, to powinniście odwiedzić też kościół św. Michała Archanioła, znajdujący się przed Bramą Opatowską. Z kolei tuż za bramą możemy zobaczyć kościół Świętego Ducha wraz z kompleksem budynków poklasztornych i poszpitalnych. Na sandomierski pomnik historii składają się także kościoły pw. Św. Michała i pw. Św. Józefa;
synagoga – a jeśli o świątyniach już mowa, to nie można pominąć XVIII-wiecznej synagogi, rozsławionej przez Zygmunta Miłoszewskiego 😉 Obecnie znajduje się w niej archiwum. Budynek z zewnątrz wygląda dość surowo. Wewnątrz zachowały się XVIII i XIX-wieczne polichromie oraz gotycki portal pochodzący z wysadzonej przez Szwedów części zamku,
wspaniały lessowy Wąwóz Piszczele lub Wąwóz Królowej Jadwigi, o którym pisałem wcześniej,
w pobliżu Zamku królewskiego traficie także na Dom Długosza (konkretnie to ufundowany przez niego) oraz Collegium Gostomianum, czyli jedną z najstarszych szkół średnich w Polsce, a także na kilka ciekawych dworków.
Sandomierz ma jeszcze dwie niewątpliwe atrakcje. Jedną z nich jest podziemna trasa turystyczna – pozostałość po drążeniu przez kupców piwnic pod miastem, dochodzących nawet do głębokości 15 metrów. Obecnie te piwnice, połączone i zabezpieczone są udostępnione do zwiedzania.
Drugą atrakcją jest dworek Ojca Mateusza, tak TEGO Ojca Mateusza oraz wiele atrakcji dla miłośników serialu 🙂
Bardzo, bardzo polecam to miasto do odwiedzenia. Zresztą popatrzcie na fotki:
Góry Pieprzowe (Pieprzówki) to tak naprawdę pagórki (o wysokości poniżej 200 m n.p.m.) leżące nad Wisłą, częściowo na terenie Sandomierza, a częściowo obok niego. Podobno są pasmem Gór Świętokrzyskich (chociaż temat bywa kontrowersyjny) i to najstarszym. Tym samym są najstarszymi górami w Polsce i jednymi z najstarszych w Europie. Liczą sobie ponad 500 mln lat! Żeby lepiej zobrazować upływ czasu, wystarczy wspomnieć, że pierwotnie były to Góry Sandomierskie o wysokości dzisiejszych Tatr, które na przestrzeni tych milionów lat „przeżyły” zarówno intensywne wypiętrzania, jak i niszczenia, zlodowacenia, zalewania przez morza i wietrzenia, które drastycznie zredukowały ich wysokość…
Dziś stanowią bardzo malowniczy teren, wznoszący się stromymi skarpami na wiślanym brzegu, o charakterystycznym wyglądzie (są zbudowane głównie z łupków kambryjskich), poprzecinany wąwozami, jarami, parowami, porośnięty wyjątkową roślinnością: stepowymi murawami, lasem łęgowym, sadami morelowymi oraz największą ilością i różnorodnością dzikich róż w Europie (rosarium). W ogóle to teren bardzo żyzny, na którym stwierdzono 397 gatunków roślin i porostów.
Nie zagłębiając się w procesy geologiczne, w których nie jestem dobry, więc nie będę się wymądrzać, chciałbym tylko nadmienić, że głównie w wyniku wietrzenia, łupki z których zbudowane są góry przybrały barwę i kształt przypominający ziarna pieprzu, co zapewne przyczyniło się do nazwania ich Górami Pieprzowymi… Ten wniosek wzmocnię twierdzeniem, że nigdzie nie wyczytałem, żeby kiedykolwiek sadzono tam pieprz, albo by panował tam zwyczaj przeganiania przez góry z błogosławieństwem: „uciekaj gdzie pieprz rośnie”… Innego powodu zatem nie znajduję.
Ze względu na wyjątkowe właściwości przyrodnicze, o których pisałem powyżej, stanowią one rezerwat przyrody. Z góry rozciąga się wspaniały widok nie tylko na pasmo, ale także na starorzecze i dolinę Wisły oraz Sandomierz.
W Górach Pieprzowych wyznaczono wiele szlaków do aktywnej turystyki. Przechodzą przez nie także inne ciekawe szlaki: Szlak Trzech Rzek, Szlak Dzikiej Róży, czerwony pieszy szlak turystyczny. Poruszając się po rezerwacie, należy trzymać się wyznaczonych tras, gdyż porasta go kilka gatunków roślinności bardzo rzadkiej, którą szkoda byłoby nieroztropnie zadeptać.
Z geologicznego punktu widzenia, najbardziej charakterystycznym elementem ziemi sandomierskiej są lessy. Less to niby skała, ale taka miękka, okruchowa, pyłowa, przypominająca piasek, także barwą. Zresztą składa się z kwarcu, iłów i węglanu wapnia. Jest pamiątką po epoce lodowcowej (konkretnie okresach glacjalnych), kiedy to wiatry naniosły ją na przedpole lądolodu. Ponieważ jest to miękka skała, wody opadowe i roztopowe wyżłobiły w niej wąwozy. W Sandomierzu znajdziemy dwa bardzo charakterystyczne wąwozy lessowe: Wąwóz Królowej Jadwigi i Wąwóz Piszczele.
W innych miejscowościach Sandomierszczyzny spotkamy kolejne, jak choćby w Nowych Kichorach czy Podszynie. Ze względu na ograniczony czas wycieczki musieliśmy wybrać jeden – wybraliśmy królewski wąwóz. Ma on ok. pół kilometra długości, a jego ściany dochodzą do 10 metrów wysokości. Idąc wąwozem możemy podziwiać nie tylko strome piaszczyste ściany, ale także drzewa liściaste wznoszące się nad naszymi głowami i ich korzenie opadające ku nam po ścianach. Wąwóz robi niesamowite wrażenie o każdej porze roku. Oczywiście należy pamiętać, zwłaszcza idąc z dziećmi, żeby nie próbowały wspinać się po sypkich ścianach, czy chodzić po ich krawędzi. Jest to zarówno niebezpieczne, jak i zabronione.
A skąd nazwa wąwozu? Podobno królowa Jadwiga często odwiedzała Sandomierz, a będąc w mieście przechadzała się wąwozem przy okazji bytności w pobliskim kościele św. Jakuba.
Tuż obok wejścia do wąwozu znajduje się piękny kościół Nawrócenia Św. Pawła Apostoła, wybudowany w stylu gotyckim w 1434 r., niestety w XVIII wieku zbarokizowany.
Miłośnicy historii i architektury, warto żeby przynajmniej „rzucili okiem” na obie świątynie 😉
Hoho, ależ się rozpisałem 😉
No to na koniec, żeby nie było, że wszystko wyguglowałem i nigdzie nie byłem, dorzucam kilka fotek. Oczywiście są to zdjęcia autorskie, zresztą tak jak wszystkie publikowane na blogu 🙂 Szkoda, że w takim krajobrazie nigdy i żadnym aparatem nie da się oddać rzeczywistych rozmiarów wąwozu… To trzeba zobaczyć.
Wejście do Wąwozu Królowej Jadwigi
Lessowa ścianka
Idąc wąwozem
Drzewa także czasem tracą oparcie na miękkim gruncie
Póki mam zapał i czas, kontynuuję sandomierski temat. Mam nadzieję, że poprzednim wpisem kogoś zainteresowałem. Dziś będzie o niewątpliwej atrakcji turystycznej – Zamku królewskim w Sandomierzu.
Pierwszy zamek – drewniany – został wybudowany tam w odległym XI wieku. Miasto było już wtedy ważnym ośrodkiem życia, a w kolejnych latach, także stolicą księstwa dzielnicowego. Niestety budowla w 1260 r. została zniszczona przez tatarów.
Odbudową zajął się Kazimierz Wielki, który postawił na coś solidniejszego, czyli otoczony murem gotycki zamek. Kolejny Kazimierz – tym razem Jagiellończyk – dobudował do niego południową basztę tzw. „kurzą nogę”. Dziś to najstarsza część (widoczna na pierwszym zdjęciu, po prawej stronie). Następnie zamek był rozbudowywany na polecenie Zygmunta I Starego. Zmieniło się wtedy wiele: gotycką budowlę obronną przerobiono na renesansową rezydencję, dotychczasowy zamek stał się południowym skrzydłem, do którego dobudowano wschodnie skrzydło i rozpoczęto budowę zachodniego, które ukończono za panowania jego syna, ostatniego z Jagiellonów. To właśnie za Zygmunta II Augusta ukończono budowę czworobocznej rezydencji, łącząc skrzydła z basztami i murem północnym. W tym kształcie zamek istniał jedynie 90 lat, ponieważ w 1656 r. czasie „potopu szwedzkiego”, wycofujący się Szwedzi wysadzili go, na skutek czego zniszczyli wschodnie i południowe skrzydła (a przy okazji część katedry – o czym pisałem w poprzednim poście).
Zachodnie skrzydło, które najmniej ucierpiało podczas wybuchu, w następnych latach (a konkretnie za panowania Jana III Sobieskiego), przerobiono na pałac. Zamek, który dziś podziwiamy, ma kształt nadany mu właśnie podczas tej przebudowy, chociaż w międzyczasie był wielokrotnie dewastowany (np. przez stacjonujące wojska rosyjskie w czasie konfederacji barskiej), zaniedbywany i odrestaurowany (m.in. przez Austriaków).
Na przestrzeni wieków zamek pełnił różne role: obronną, goszczącą władców wraz z dworem; był siedzibą starostów, sądów, urzędów. Bardzo długo, bo od III rozbioru Polski, aż do roku 1959 mieściło się w nim (poza sądem) także więzienie. Dopiero w latach 60.XX wieku zaczęto przeprowadzać prace konserwatorskie i naprawcze, co zaowocowało utworzeniem w nim – w 1986 r. – muzeum.
W sandomierskim muzeum możemy dziś podziwiać wystawy stałe oraz czasowe. Na uwagę zasługują na pewno wystawy opowiadające historię ziemi sandomierskiej, samego zamku, wydobycia piaskowca pasiastego, związanego z Sandomierzem Jarosława Iwaszkiewicza, oraz perełka – odnaleziona w Sandomierzu w 1910 r. korona hełmowa Kazimierza Wielkiego. Niestety obecnie do Sandomierza trafiła jej kopia; oryginał znajduje się na Wawelu.
Uważam, że zamek królewski to jeden z ciekawszych zabytków Sandomierza, nie oszczędzany, lecz dzielący jego historię. Od 2017 r. jest częścią sandomierskiego historycznego zespołu architektoniczno-krajobrazowego.
A teraz czas na foty:
Zamek królewski w Sandomierzu
Zamkowy dziedziniec
Korona hełmowa Kazimierza Wielkiego
Miecz katowski
Szachy sandomierskie
Wystawa poświęcona Iwaszkiewiczowi
Wystawa regionalna
To co udało się odnaleźć
Widok z zamku na winnicę Św. Jakuba
Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies. dowiedz się więcej.