Telefony, telefony

Może ktoś mi wyjaśni fenomen dzwonienia do ludzi codziennie, a czasem nawet trzy razy dziennie, w nadziei że ktoś zmieni zdanie i jednocześnie operatora. Sam nie mogę znaleźć logicznego wytłumaczenia dla takiego postępowania. No nie wiem, chyba że są ludzie, którzy w końcu dla świętego spokoju zamawiają usługi i podpisują umowy. Ja zdecydowanie do nich nie należę i jak dzwoni do mnie SPAM, to co najwyżej podnosi mi ciśnienie, że muszę iść do telefonu na darmo. Tak, nadal mam telefon na kabelku i internet też. I to jest powód ciągłego wydzwaniania do mnie Netii. I pewnie do głowy nie przyszłoby mi o tym pisać, gdyby nie to, że dziś powiedziałem przemiłej pani, że dzwonią do mnie kilka razy dziennie i nie jest to sposób na pozyskanie klienta, na co przemiła pani nie powiedziała ani „przepraszam”, ani „pocałuj mnie w d…” tylko po prostu się rozłączyła w pół słowa. Oczywiście mojego słowa, a nie jej. Rozumiem, że w telemarketingu praca ciężka i stresująca. Człowiek mówi co mu każą i nieraz zostaje zbluzgany. Ale jakieś standardy tam też chyba obowiązują. Jak już się napraszasz i niechciany dzwonisz, to chociaż nie rzucaj słuchawką jak gwiazda… Tak mi się wydaje.

Cóż poza tym? Generalnie spokój, brak korków na mieście, temperatura poniżej +30C więc ok, wieczorem czas grillowania, w pracy też cisza. Może poza dzisiejszym próbnym alarmem przeciwpożarowym… No bo skoro się w wakacje mało dzieje, to postanowili nam dziś urozmaicić życie i zawyli. Postanowiliśmy z kumplami zejść najbliższymi nam schodami na dół, bo na głównych zawsze jest tłoczno. Schodzimy sobie spokojnie i gadamy, zeszliśmy na parter, a tam… zamknięte drzwi przeciwpożarowe 🙂 No i trzeba było wchodzić piętro wyżej i dołączyć do głównego nurtu pracowników. Brawo dla organizatorów. Można się pośmiać z takich niedociągnięć w czasie próby, ale gdyby to było na serio, pewnie nieźle by nam ciśnienie skoczyło.

Nawiązując do wcześniejszych wpisów: nadal nie ma drogi rowerowej do pobliskiego miasteczka gminnego ani żadnych planów z tym związanych. Wczoraj wracając ze spaceru widziałem w pobliżu wielkiego, wypasionego lisa. Jeśli komuś w okolicy zgubił się mały piesek i zawieruszył na teren rudzielca, to raczej nie liczyłbym na jego powrót. Nawet kotów tam już nie ma, mimo że historycznie zawsze to były ich tereny łowieckie (na myszy i ptaki). Hmm, swoją drogą ciekawe czy lis zjadłby kota?