Niezbędny drobiazg, który wkurza

Strasznie irytują mnie rzeczy, które mają „słaby punkt”, przez który nadają się tylko do wyrzucenia. Taką rzeczą jest np. zaparzacz do kawy. Uwielbiam kawę zaparzaną właśnie w ten sposób. Ma zupełnie inny smak i zapach niż te robione w ekspresie (bez względu na to czy ciśnieniowym czy przelewowym). O kawach rozpuszczalnych w ogóle nie warto wspominać. No więc parzę codziennie kawę w zaparzaczu. Urządzenie to jest proste jak budowa cepa i właściwie powinno być niezniszczalne. Przynajmniej dopóki się nie rozbije. Ma jednak wielki, choć gabarytowo mały, minus. Tym minusem jest drobne sitko przytrzymujące fusy. Sitko nie jest rzeczą trwałą – dość szybko się odkształca, a z czasem pęka, co odbija się na ilości fusów między zębami… Równie prostą sprawą jak budowa zaparzacza byłaby wymiana sitka. Ale nie. W żadnym sklepie takiego sitka do samodzielnej wymiany nie można kupić. Nieważne jak drogi zaparzacz sobie sprawisz, po pewnym czasie musisz go wyrzucić, bo sitko zdechło. I oczywiście kupić nowy. Rozumiem, że firmy muszą zarabiać, ale wkurza mnie to marnotrawstwo i nadprodukcja śmieci.

Jak się zapewne domyśliliście, moje sitko zaczęło ostatnio przepuszczać za dużo fusów 😉

Szlaban

Dotychczas patrzyłem przez palce na dokonania mojego potomka, który uwielbia grać w gry na internecie ze swoimi kolegami z klasy. Tłumaczyłem żonie, że ja też grałem i jakoś ani się nie uzależniłem, ani się to nie odbiło negatywnie na mojej edukacji i pracy. Choć przyznać jej musiałem, że zacząłem dużo później niż nasz potomek i poza grami istniał dla mnie świat realny, w którym spędzałem wiele wolnego czasu. No i dodać wypadało, że poza rozrywką komputer służył mi też do poszerzania wiedzy.

Ostatnio przyznać musiałem, że potomek zaczął za wcześnie, nie ma praktycznie życia pozaszkolnego i pozasieciowego (albo ma go niewiele), w dodatku zaczęło się to negatywnie odbijać na jego nauce. I to bardzo. Ostatnio żona wyjechała na tydzień na szkolenie i już mi głowa puchła od tego biadolenia ile to on biedny musi się uczyć i od zgłaszanych praktycznie codziennie braków zadań (widocznych od razu w dzienniku elektronicznym), mimo zapewnień, że wszystko zrobił. Zwykle żona go pilnuje.

W dodatku kierując się głupimi filmikami „gwiazd internetowych” nagrywających swoje granie, wysłał kilka sms-ów, żeby wygrać jakieś tam nowe bronie… Oczywiście bez sprawdzenia ile ta przyjemność kosztuje. I tym oto sposobem przelał czarę goryczy, a raczej przelał ją rachunek o 250 zł większy z powodu tych sms-ów!!! Powiedziałem basta i założyłem mu blokadę na kompa.

Wielkim minusem jest to, że szkoła przyłącza się do ogólnego uzależnienia dzieci od sieci, zadając im zadania, które muszą zrobić na komputerze, albo takie, do których muszą wyszukać informacji w sieci. Gdyby zadanie polegało na odszukaniu informacji w książkach, co wiązałoby się np. z pielgrzymką do biblioteki albo czytelni i dało ten pozytywny efekt, że źródło wiedzy byłoby lepszej jakości, zapewne skończyłoby się krokodylimi łzami, bo biedne dzieci nie potrafiłyby nie tylko znaleźć odpowiednich informacji w książkach, ale także wyszukać sobie w katalogach odpowiednich lektur. Tymczasem w dzisiejszych czasach do wykonania zadań są potrzebne informacje z netu, które można znaleźć na 2-3 portalach, więc dzieciaki bezmyślnie powielają te same odpowiedzi. Gdyby ktoś dla żartu wpisał tam największe bzdury, pewnie i tak znalazłby setki uczniów, którzy by to przepisali. Doprawdy edukacja na najwyższym poziomie. Taka nowoczesna.

Oj, marnie widzę nowe pokolenie w pracy. O ile potrafią się bawić robiąc w programach graficznych jakieś prototypy czy projekty nie zajmujące za dużo czasu, to do systematycznej, „nudnej”, codziennej pracy moim zdaniem się nie nadają. Tak czy inaczej postanowiłem pomóc żonie wyedukować potomka, bo się za bardzo rozbestwił. Będę ostry jak – nie przymierzając – jalapeno 😉 Na mnie żadne jego „ja też cię kocham”, ale „jestem taki zmęczony” nie działa. Będę zdecydowanie walczyć z jego uzależnieniami i lenistwem. Szlaban na komputer obowiązuje do końca semestru. A w wakacje zobaczymy, może mu się odechce grania do tego czasu.

Nastroje na świecie

W USA wybory wygrał Tramp, Wielka Brytania postanowiła pożegnać UE, w większości państw europejskich coraz większą popularność zyskują ugrupowania narodowe, o różnym stopniu nacisku na słowo „narodowe”. I tylko w Rosji nastroje ciągle takie same, czyli jedność we wzmacnianiu państwa. Jakoś scena polityczna wygląda mi coraz mniej przewidywalnie… Co się zapewne przełoży na gospodarkę, a więc na portfele nas wszystkich.

Dawno, dawno tamu

Dawno, dawno temu… zrobiłem ostatni wpis. Co ma ten minus, że wyszła moja niesumienność i ten plus, że znam odpowiedzi na pytania, nad którymi się wtedy zastanawiałem.

Otóż, póki pamiętam napiszę, że listopad był zimny jak październik, a grudzień tradycyjnie trochę cieplejszy (przynajmniej przed świętami), choć chłodniejszy od tych z ostatnich lat. Za to styczeń jest tradycyjnie zimny. Niestety również w czasie (już) zeszłorocznych świąt dzieciaki nie doczekały się śniegu… W styczniu z tego co się słyszy cała Polska znalazła się pod śnieżną pokrywą, chociaż jak patrzę przez okno to mam wątpliwości czy można to już uznać za pokrywę. Po prostu mamy trochę przybielone trawniki. Gdyby nie spory mróz tego śniegu już dano by nie było. Ale jest pocieszenie w postaci dużej ilości białego puchu w górach, a że dzieciaki jadą w czasie ferii (zakładam, że to tej pory poleży) na zimowisko, więc już się cieszą i nie mogą doczekać. Zobaczymy, może żeby im się łatwiej czekało uda się w przyszły weekend wyskoczyć na narty. W ten niestety będzie to niewykonalne. Montujemy w pracy nowe linie przemysłowe, więc trzaskam nadgodziny w tygodniu i w soboty. Na marginesie żona naczytała się jakichś bzdur o przyczynach „nadgodzin” u mężów i jestem bacznie obserwowany 😉 Zaproszenia do mnie do pracy, żeby sprawdzić co robię nie przyjęła. Kobiety… Chyba lubią żyć w niepewności i nie rozwiewać swoich obaw.

Wczoraj rano okazało się, że mojej ukochanej małżonce padł akumulator. Oczywiście rano nie znalazła czasu na jego podładowanie, bo zawsze wszystko robi w pośpiechu. Musiałem więc ją podrzucić nadrabiając niezłe kółeczko. Z pracy wróciła środkami komunikacji miejskiej z solennym postanowieniem wymiany akumulatora, bo smog smogiem, ale wygoda ważniejsza. Konformizm w czystej postaci. Pojechaliśmy więc wieczorem po nowy akumulator i do galerii, bo zaplanowała sobie zakupy (jak pech to pech). Ale… kiedy ona chodziła po swoich sklepach poszwendałem się m.in. po Empiku. Znalazłem tam płytę, nad którą zastanawiałem się od dłuższego czasu. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że tych płyt było na półce z siedem i niemal na każdej była naklejona inna cena. Znalazłem taką, na której była najniższa – 22 zł z groszami i naklejka o 30-procentowej zniżce (naklejka była tylko na tej jednej) i rzeczywiście za tyle kupiłem. Ciekaw jestem jednak czy taka cena „weszłaby” im w systemie gdybym kupił inną płytę (znaczy taką samą). A rozbieżność cenowa była duża, bo większość kosztowała 40-parę złotych, a rekordzistka 70-parę!!! Od razu uzupełnię, że to było to samo wydanie, żadnej różnicy, jedna leżała pod drugą. Jeśli więc planujecie zakupy w Empiku, radzę przejrzeć wszystkie rzeczy, które chcecie kupić.

A propos płyt – żona ostatnio zamarzyła o płytach winylowych (bez głębszego uzasadnienia, z pobudek czysto snobistycznych) i suszy mi głowę, żebyśmy kupili adapter. Masakra.

W październiku

No to w tym roku wrzesień pokazał, że jest niemal w całości letnią porą roku. Aż żałowałem, że dzieciaki chodzą już do szkoły, bo kusiło mnie, żeby zabrać rodzinę i wyjechać nad jezioro na jakieś 2 tygodnie. Pogoda była stabilniejsza i upał większy niż w sierpniu. No, ale uczymy ich, że obowiązki ważna rzecz, więc nic z tego nie wyszło. Za to październik mamy zimny jak licho. Dzieciaki chodzą już w zimowych kurtkach, bo rano chłodno, czasem dodatkowo pada, a i tak się poprzeziębiały. Żona marudzi, żeby na noc zamykać okna… Klimat zimowy, tylko że póki co bez śniegu i mrozu (choć z wyjątkami). Zobaczymy co pokaże listopad, bo zarówno wrzesień jak i październik wypadają nietypowo. Dzieciaki napaliły się już na śnieżną zimę. No nie wiem czy będzie do tego stopnia inaczej niż zwykle 😉

Nauczony doświadczeniem sprzed kilku lat, przełożyłem już opony na zimowe i dolałem zimowego płynu do spryskiwaczy.

Mam nadzieję, że najbliższe weekendy nie będą chociaż deszczowe, bo trzeba pojeździć po cmentarzach i zrobić porządek przed Wszystkimi Świętymi.

Bez względu na pogodę początek listopada zapowiada się wspaniale – dwa długie weekendy 🙂 Tak lubię 🙂

We wrześniu

Dopiero zaczął się rok szkolny, a już wczoraj było w szkole dziecka zebranie z rodzicami. Poszła żona, posłuchała i – nie wiedzieć czemu – zapłaciła za ubezpieczenie. Nie wiedzieć czemu, bo rozmawialiśmy z dwa miesiące temu, że wykupimy młodemu Europejską Kartę Młodzieżową. W tej samej cenie miałby dużo szersze ubezpieczenie, bo również narciarskie, także poza granicami kraju. Drugą opcją było dokupić dla niego u mnie ubezpieczenie, byłoby również lepsze i w dodatku tańsze. Słowo daję, strasznie w tych szkołach naciągają. W dodatku mało kto wie za co płaci. W zeszłym roku prosiłem się przez prawie dwa miesiące zanim raczono mi przesłać warunki ubezpieczenia. Oczywiście mam nadzieję, że nigdy z tego ubezpieczenia nie trzeba będzie korzystać, ale lepiej mieć.

Przed weekendem dziecko dostało w szkole książki (prawie wszystkie) z przykazem, że mają nie przynosić ich do szkoły, jeśli nie będą obłożone. Dziwne to trochę, bo jak trzeba było kupować je za własne pieniądze, to nauczyciele nie zwracali uwagi na ich stan, nie uczyli dzieci, że trzeba o nie dbać, a wręcz przeciwnie, często kazali na nich robić notatki, uzupełniać, itd. Ale to na marginesie. Weekend upłynął nam na szukaniu odpowiednich okładek. Nie jest to prosta sprawa, bo było wielu chętnych. Ostatecznie udało się kupić jakieś nie najlepiej dobrane w księgarni i przyciąć je, żeby dopasować.

Wakacje minęły nam w tym roku wyjątkowo „podróżniczo”. Byliśmy na dwóch tygodniowych wyjazdach i kilku krótszych wycieczkach. Młody był na obozie i survivalu. Co prawda fatalnie wypadła mu wtedy pogoda, bo było wietrznie, deszczowo i dość zimno, w dodatku okazało się, że dostał do spania łóżko piętrowe, a że strasznie się w nocy wierci, więc unikamy takich sytuacji. Na szczęście wszystko było ok i na szczęście przyznał się dopiero po powrocie, bo żona przez cały wyjazd by się martwiła, albo dzwoniła do wychowawców, żeby zmienili mu spanie (czego młody chciał pewnie uniknąć, bo siara przed kolegami).

Dziwna pogoda w tym wrześniu. Liście lecą z drzew, a mimo to codziennie temperatura przekracza 30 stopni. Już nie pamiętam tak upalnego września, bo co prawda zdarzały się pojedyncze cieplejsze dni, ale nie taki ciąg.

Elektryczne samochody

Czytałem dziś informacje, że Polska będzie stawiać na rozwój linii autobusowych o napędzie elektrycznym oraz takowych samochodów. Swego czasu zastanawiałem się nad zakupem takiego. Wszystko byłoby super, gdyby nie problem: gdzie go ładować? I jak długo? Oczywiście fajnie się jeździ takim autem, jest cichsze i czystsze. Nie wyobrażam sobie jednak np. jadąc nad morze, zatrzymywać się kilka razy na kilka godzin, żeby naładować auto. Co innego hybryda, chociaż na razie ceny nie skłaniają do zakupu takich samochodów. Ale oczywiście samochody elektryczne czy wodorowe to przyszłość. Ostatecznie ropa się kończy i chciał nie chciał trzeba pracować nad alternatywą. Fajnie by było, gdyby wskrzeszono polski przemysł samochodowy właśnie dla tego typu aut. Jak opracują silniki pozwalające na dłuższą jazdę i krótsze tankowanie, albo silniki wodorowe, to na pewno się skuszę. Póki co „dojeżdżę” stare auto 🙂

Ubezpieczenia

Za chwilę maj, co poza długimi weekendami, oznacza dla mnie zwiększone wydatki (i to bardzo zwiększone), bo na ten miesiąc przypada mi termin przedłużenia wszystkich ubezpieczeń, znaczy samochodu i domu – tzw. mury i od kradzieży, zalania i innych zdarzeń losowych, czy jak to się tam nazywa. Zawsze też mam dylemat jaką sumę ubezpieczenia zadeklarować, żeby nie była za niska, ale też żeby składka nie zrujnowała doszczętnie mojego budżetu. Ostatnio naciąłem się na ubezpieczenie samochodu, bo przedłużyłem polisę AC i mówiłem wyraźnie, że chcę tak jak zawsze, czyli bez żadnego udziału własnego, z nowymi częściami w serwisie w razie czego, bo różnie to bywa. Pech chciał, ostatnio ktoś mi zajechał czymś ostrym pół boku samochodu. Zgłosiłem szkodę i okazało się, że do polisy wpisali mi ograniczenie swojej odpowiedzialności do kwoty 500 zł., znaczy, że jak szkodę wycenią na mniej niż 500 zł, to nie wypłacają odszkodowania, a jak na więcej, to wypłacają ponad tę kwotę. Nosz kur… Postanowiłem naprawić rysę w serwisie, a jak się nie da zrobić tego idealnie to niech wymieniają drzwi i błotnik. Żadne tam szpachle mnie nie interesują. Zobaczymy, czy koszt naprawy wyniesie poniżej 500 zł. Od tego roku w każdym bądź razie zmieniam ubezpieczyciela. Przy okazji jednak tych wszystkich ubezpieczeń zastanawiam się nad wykupieniem OC rowerzysty dla rodziny. Ostatecznie sporo jeździmy, a różnie to w życiu bywa. Czasem dziecko się gdzieś przepycha między samochodami, bo tak staną, że normalnie przejechać ani przeprowadzić roweru się nie da, czasem zasuwa za szybko, albo mijamy innych, którzy za szybko zasuwają i potrafią nagle „wylecieć” zza zakrętu. A z ustaleniem pierwszeństwa i winy też różnie bywa. W razie czego (odpukać) lepiej jak leci odszkodowanie z OC sprawcy wypadku niż z własnej kieszeni. Tym bardziej, że często są to niemałe kwoty. Jak to mówią: strzeżonego Pan Bóg strzeże. Jeśli się nic nie stanie (oby) to przynajmniej człowiek jeździ ze spokojniejszą głową, a kasa tak idzie, że i tak by się ją wydało. Swoją drogą chętnie bym wykupił ubezpieczenie od kradzieży rowerów, ale niestety takiego nie sprzedają, tylko od rabunku 🙂 Już to widzę jak ktoś mnie zatrzymuje, zrzuca z roweru i go kradnie 🙂 Równie dobrze mogliby oferować ubezpieczenie od inwazji kosmitów albo od ataku Birmańczyków. 

A skutek uboczny tych wszystkich wydatków to majówka w domu… Zresztą nie ma co rozpaczać, bo w czerwcu wyjeżdżamy na wakacje 🙂

KNF

Wczoraj KNF ogłosiła fatalne skutki przewalutowania kredytów we frankach dla sektora bankowego. Banki poniosą wielkie straty, ba może nawet padną. A teraz pomińmy sprawę mniej lub bardziej kreatywnej księgowości (bo mieszając w tabelkach zawsze można podrasować wynik w jedną lub drugą stronę) i podejdźmy do problemu kwotowo.

Powiedzmy, że w 2008 roku bank pożyczył kredytobiorcy 300.000 zł. W umowie ustalono, że spłata nastąpi we frankach szwajcarskich. Jednocześnie zarówno bank, jak i wszelkiej maści analitycy dowodzili, że kurs może się wahać do 20 procent. W rok później banki doprowadziły do kryzysu finansowego i nienaturalnego wzrostu wartości franka, przy jednoczesnym nienaturalnym spadku wartości złotówki. W ten sposób nasz kredytobiorca, który miał przeliczony kredyt po kursie powiedzmy 2,10 zł, wskoczył na 4 złote. A zatem na każdym franku w każdej racie bank zarabia 1,90 zł, co stanowi 90 procent więcej. Oprócz tego bank pobiera odsetki jako swoje wynagrodzenie. Warto jeszcze przypomnieć, że zgodnie z polskim prawem kredytodawca/pożyczkodawca ma prawo domagać się tego co pożyczył plus wynagrodzenia w postaci odsetek.

Propozycja prezydenta – z tego co pamiętam – to przewalutowanie po kursie udzielenia + 10 procent, czyli bank zamiast zwrotu 300.000 zł miałby prawo domagania się 330.000 zł. plus oczywiście odsetki. Gdzież więc strata banków?

Powszechnie piętnuje się lichwę. W kodeksie cywilnym od dawna znajduje się zapis o odsetkach maksymalnych. Problem w tym, że tak jak małe firmy pożyczkowe, tak i banki kombinują, żeby te przepisy obejść (choć banki stać na kształtowanie opinii społecznej w internecie i podjudzanie oraz na naciski na różne instytucje). I niestety mają u nas potężnego sprzymierzeńca – KNF, który pokazał, że nie dba o to by banki nie poniosły straty, tylko o to, żeby osiągnęły odpowiedni zysk. A że kosztem kredytobiorców – no cóż, jakoś się to „rozejdzie”.

Co ciekawe, w innych krajach, w których problem kredytów walutowych też występował (bo przecież nie jest to polski wymysł), już dawno go rozwiązano i jakoś dziwnym trafem banki nie padły.

Początek 2016

Początek 2016 roku upływa mi całkiem przyjemnie. W pracy wszystko układa się dobrze, a przy tym spokojnie czas upływa, bez żadnych „zadym” i nikomu nie potrzebnych emocji. W domu też wszystko dobrze. Przy okazji karnawału w zasadzie co tydzień gdzieś wybywamy, albo też do nas przybywają 🙂 Miło tak spotkać się, posiedzieć, pogadać i – na szczęście – nie potańczyć.

Pogoda też całkiem znośna. Przyprószyło trochę śniegu, jak przystało na styczeń, choć co to jest w porównaniu do tego co pokazują np. w Niemczech. Jakoś tak się koło nas zawsze układają chmury, że zimą rzadko kiedy jest więcej śniegu. Raczej jest tak jak teraz, że nawet trawy nie przykryło, co ma swoje plusy przy jeżdżeniu samochodem i odśnieżaniu go. Za to zwykle nie możemy narzekać na zbyt mało deszczu. Nawet w tym ostatnim tygodniowym „okienku” między mrozami sporo padało.

A tymczasem druga połowa stycznia gwarantuje, że wkrótce odwiedzi nas ksiądz po kolędzie, co się jakoś tak dziwnie u nas objawia jednodniowym zamieszaniem spowodowanym… no właściwie nie wiadomo czym, bo to przecież tylko ok. 10-minutowa wizyta plebana, która zawsze jakiś taki popłoch wprowadza w życie 😉

Ostatnimi czasy moja droga Kobieta jest nieustannie atakowana mailami i sms-ami o promocjach, a ja jestem atakowany prośbami pójścia z nią na zakupy… I tak przechodziliśmy ostatni weekend, więc odwołuję to moje wcześniejsze, że zawsze jest ok i prostuję, że prawie zawsze (wyjątek stanowią te nieszczęsne zakupy, w czasie których okazuje się, że jest mnóstwo rzeczy, bez których nie możemy się obejść i w ogóle nie wiem jak my do tej pory funkcjonowaliśmy). Całe szczęście, że chociaż faceci nie potrzebują tylu rzeczy. Ostatnio na imprezie śmialiśmy się z dawnej mody nocnej. Nie wyobrażam sobie jak zdrowy, rozsądny, normalny facet mógł spać kiedyś w koszuli nocnej i do tego w szlafmycy albo jakiejś siatce na włosy. Toż to mogło spowodować koszmary nocne, permanentne problemy ze snem, że o spełnianiu obowiązków małżeńskich nie wspomnę. Doprawdy podziwiam kobiety, które śpią w długich koszulach. Na szczęście nasza bielizna nocna ewoluowała i nie potrzebujemy już takiej krępującej ruchy garderoby 🙂 Szczególnie cieszę się z rezygnacji z tych nakryć czerepu 😉

Wkrótce ferie i trzeba by się zastanowić czy nie wziąć sobie w tym czasie kilku dni urlopu, żeby wyskoczyć gdzieś na narty…